poslaniec LaSalette

Zapamiętaj mnie
PRENUMERATA
POSŁANIEC MBS
ZAMÓW   
2018-2, Cykl o Rodzinie

KOPNIAK OD PANA BOGA

Moja rozmówczyni ma 36 lat. Jest mamą dwójki dzieci, obecnie mieszka w Krakowie. Odnalazła Boga w pewnym momencie swojego burzliwego życia – historią tą podzieliła się z czytelnikami „Posłańca”. Ze względu na dobro dzieci, jej dane i innych osób oraz opisane miejsca są zmienione. Na zakończenie powiedziała, że w przyszłości chciałaby poświęcić życie pomocy osobom, które znalazły się na ulicy.

Czy niedziela zawsze była dla Ciebie dniem świętym?

Nie zawsze. Moje niedziele były kiedyś parodią święta – w sobotę zawsze leżałam do góry brzuchem i nic mi się nie chciało, a w niedzielę… robiłam największe porządki.

Tylko sprzątałaś?

Potrafiłam odsłonić wszystkie kąty, odsunąć szafki, zrobić największe zakupy, bo akurat wtedy chciało mi się iść do galerii. Tak, jakby szatan na siłę chciał mi zabrać ten dzień, który powinien być oddany Panu Bogu. Ale o czym ja mówię, jaki Pan Bóg był wtedy w mojej historii… To był jakiś obłęd.

Kiedy skończyłaś z takim podejściem do życia?

Dwa lata temu. Wtedy dostałam od Pana Boga kopniaka! I wszystko zaczęło się zmieniać.

W pewnym momencie trafiłaś do domu dziecka.

Tak, a po kolejnych ucieczkach, pobita fizycznie i emocjonalnie zresztą też, uciekłam na stałe na ulicę.

Jak długo to trwało?

Na ulicy byłam prawie trzy lata.

Co przerwało ten okres?

Pamiętam, że poznałam kogoś, z kim zdecydowałyśmy się podróżować stopem – żeby poznać Polskę. I to była zła decyzja, bo wsiadłyśmy do samochodu nieodpowiednich ludzi. Weszłyśmy do luksusowego domu. I chociaż byłam na ulicy, to nigdy nie piłam alkoholu i nie brałam narkotyków, a tu pewnie dosypali mi coś do drinka. Bardzo szybko straciłam świadomość. I tak mając skończone piętnaście lat, obudziłam się w agencji towarzyskiej.

Kiedy zorientowałaś się, co się stało?

Nie wiem, ile czasu minęło. Nie wiem, czy to był tydzień czy trzy dni. Stamtąd jednak nie ucie kałam. Byłam już uzależniona. Potem podawali mi odpowiednie dawki, żebym nie chciała odejść. Tam też pierwszy raz Pan Bóg dał mi szansę, wyciągnął mnie stamtąd.

W jaki sposób?

Dając mi nadzieję.

Co ją wzbudziło?

Fakt, że zaszłam w ciążę. Dlatego stamtąd uciekłam. To był pierwszy moment, kiedy stanęłam na nogach i zrozumiałam, że dla tego dzieciątka, które się poczęło, jestem w stanie zmienić życie – przestać brać narkotyki i prosić o pomoc.

Ile miałaś wtedy lat?

Gdy urodziłam, brakowało mi sześciu miesięcy do osiemnastki.

Potem w wyniku kolejnych zawirowań postanowiłaś wrócić na ulicę?

Nie, najpierw pomyślałam, że pojadę do mamy, która mieszkała pod Warszawą. Postaram się naprawić nasze relacje…

Jak wam poszło?

U mamy było jeszcze gorzej niż u mnie… Ona sama nie miała warunków do życia, nie miała się też za co utrzymać. A co dopiero mnie, siebie i dziecko. Wtedy spróbowałam, ale już świadomie, jeszcze raz zarabiać w taki, a nie inny sposób.

Jak długo to trwało?

Bardzo krótko, bo poznałam chłopaka, który mnie stamtąd wyciągnął. Zaczęłam tańczyć w klubie i to już było zupełnie inne życie.

Dobrze zarabiałaś?

Tak, to mi dało dostatnie życie, drogie samochody… Byłam w tańczeniu naprawdę dobra. Ale wtedy zaczęły się liczne uzależnienia.

Od czego?

Od zakupów, seksu… To były nie tylko uzależnienia, wtedy rozpoczęły się moje problemy psychiczne, próby samobójcze, kiedy uświadamiałam sobie, w czym jestem.

A w czym byłaś?

Płaciłam swoim „ja” za to, że żyłam. Spędzałam kolejne noce z różnymi ludźmi i to ja wybierałam sobie mężczyzn wtedy, kiedy chciałam ja, a nie oni. Role się odwróciły. Kiedyś brali mnie, byłam taką żertwą. Później ja brałam kogo chciałam, byłam przebojową panią swojego życia!

Spełnienie marzeń tego świata…

Ale to doprowadziło mnie do naprawdę ciężkiej depresji, do tego, że dopuściłam się aborcji. Nie był to pierwszy raz, bo jeszcze jako nastoletnia dziewczyna usunęłam ciążę, ale wtedy ktoś za mnie podjął tę decyzję. Później podjęłam ją sama.

Nie chciałaś tego dziecka?

Nie o to chodziło. Zrobiłam sobie plastikowy biust (przed zabiegiem ginekolog stwierdził, że nie jestem w ciąży. Jednak po zabiegu okazało się, że byłam).

Czemu nie urodziłaś tego dziecka? Co było przeszkodą?

Mój egoizm. Po zabiegu brałam mnóstwo leków, byłam osłabiona, dla dziecka w pierwszym trymestrze mogło się to źle skończyć. A wtedy nie wyobrażałam sobie, że mogłabym urodzić chore dziecko. I to była chyba kropka nad „i”.

Nie byłaś w tym wszystkim jednak sama.

Tak, było ze mną moje dziecko, które dorastało i brało we wszystkim udział: miało mamę, pieniądze, dostatnie życie. Ale kim była ta mama? Jak stawałam przed lustrem to tak naprawdę niczego nie widziałam.

Po kolejnym nieudanym związku wróciłaś do Katowic.

Wróciłam do pewnej rodziny, nazywam ich rodzicami. Mama jest kotwicą, dawała mi święte obrazki i spowodowała, że ochrzciłam moje dziecko. To właśnie mama o mnie walczyła, była pierwszym aniołem, który mnie prowadził. Ta kobieta zawsze była przy mnie przez czas moich burzliwych przeżyć. W niej zobaczyłam pierwszy znak życia w Chrystusie.

W czym się to przejawiało?

Ona potrafiła robić coś bezinteresownie.

Mając już nadzieję na zmianę, poznałaś obecnego męża.

Wtedy wszystko zaczęło się od nowa: dostatnie życie, wybory między tym, co mam a tym, kim jestem.

Wybierałaś to, co masz?

Tak, ale cały czas czegoś mi brakowało, czegoś szukałam. W środku bardzo intensywnie czułam, że to nie jest to. Wiedziałam, że bardziej byłam sobą, kiedy nic nie miałam niż wtedy, kiedy miałam wszystko i niczego mi nie brakowało.

Czułam wewnętrzną niezgodę, na nasz sposób życia, na to, że staczaliśmy się z mężem. Właśnie wtedy odczułam drugi raz ingerencję Pana Boga w moim życiu. Ale tym razem Pan Bóg już nie pozwolił mi spaść. Zaszłam w ciążę. Przekraczało to moje pojęcie, że taki cud mnie spotkał! Postanowiliśmy, że wyprowadzimy się za miasto. Tam zaczęło się fajne, „normalne” życie, chociaż w naszych relacjach nic nie było normalnego, one były poturbowane.

Jakoś jednak z tego wyszłaś.

Dwa lata temu, 20 września, dowiedziałam się, na co czekałam przez całe życie. Odczuwałam, że Ktoś nade mną czuwa, że mimo wszystko mnie prowadzi, że czeka. Stanęłam wtedy w łazience i rozpłakałam się. Pomyślałam: „Boże, zrób coś, albo mnie stąd zabierz, bo już nie dam rady”. Wtedy pierwszy raz w życiu zrozumiałam, że jestem nieszczęśliwa i pierwszy raz poprosiłam Boga o pomoc.

Na Wszystkich Świętych poszliśmy na cmentarz. Pierwszy raz byłam na całej Mszy Świętej. Poczułam gorące łzy i spływające na mnie ciepło, jakby otulający mnie promień, który przenikał mnie całą. Zrozumiałam, że będzie dobrze.

Czy to zdarzenie miało jakieś skutki?

Po jakimś czasie poszłam w niedzielę na 11.30 do kościoła. Nie mogłam się doczekać Mszy św., czułam że muszę tam być. Msza się kończyła, chciałam wychodzić i… dostałam betonowe buty. Nie byłam w stanie się ruszyć, musiałam zostać do końca. Usłyszałam głosy mówiących świadectwo, zapraszali na spotkanie. Potem usłyszałam głos księdza: „te katechezy są dla ciebie, ty, która jesteś potłuczona, one są dla ciebie”. Wiedziałam, że pójdę na te katechezy.

Udałaś się?

Wieczorem, pół godziny przed moim wyjściem, zaczęło wiać, padać, dostałam gorączki. Leżałam w pozycji embrionalnej, miałam burzę w głowie: nie chce mi się nigdzie iść, gdzie ja na katechezy, nie! Trwała we mnie walka wewnętrzna. Nagle doświadczyłam chwili ciszy i usłyszałam: „dziecko, jak teraz nie wstaniesz, to już nigdy nie wstaniesz”. Coś mnie podniosło, ubrałam kurtkę, otworzyłam drzwi i wsiadłam do samochodu.

Co się stało po tych katechezach?

Moje życie wywróciło się do góry nogami, a tego nie można zrobić samemu. To jest tylko i wyłącznie łaska – Tego, który ukochał mnie przy chrzcie i wtedy już miał plan na moje życie, na wyciągnięcie mnie z grzechów i ich odpuszczenie. Zobaczyłam, że moja historia jest historią miłości Boga. Wcześniej moje krzywdy wydawały mi się bezsensowne, w braku ukojenia staczałam się, po drodze łapałam się jak tonący brzytwy jakichś pontonów, a On cały czas czekał, aż powiem „pomóż mi”. On dał mi wolną wolę, czekał na ten czas.

Kiedy to zrobiłam, zabrał mi wszystkie moje uzależnienia. Od dwóch lat nie czuję potrzeby picia alkoholu, żeby rozwiązać problemy. I chociaż pojawiają się w głowie myśli, że alkohol mógłby pomóc, to nie piję. Nie mam też potrzeby bycia blisko mężczyzny. Od dwóch lata żyję w czystości.

(…)

Całość rozmowy w najnowszym numerze „La Salette – Posłaniec Matki Bożej Saletyńskiej” – 2018/2 Pokusa , dobra rzecz!

 

 

Michał Martyna Michał Martyna
ROZWAŻANIA SŁÓW EWANGELII
(J 15, 26-27; 16, 12-15), Zesłanie Ducha Świętego, 20-05-2018

Świadczyć z mocą

Być chrześcijanami możemy jedynie dzięki Duchowi Świętemu. Często wobec własnej słabości i grzeszności przyjmujemy strategię: jeszcze bardziej się starać, jeszcze mocniej się spiąć. U swoich początków Kościół w doświadczeniu Apostołów odkrył coś zupełnie innego. Wobec lęku, grzechu i własnej słabości powinniśmy bardziej się otworzyć na Ducha Świętego. Odpowiedzią chrześcijanina na grzech jest oczywiście decyzja nawrócenia, ale wyraża się ona w większym pragnieniu Ducha Świętego.

ks. Marcin Ciunel MS
(sekretarz prowincjalny, mieszka w Warszawie)

ROZWAŻANIE SŁÓW EWANGELII

A F O R Y Z M

„Kto żyje nadzieją, tańczy bez muzyki.”

(Przysłowia angielskie)


CZYTANIA LITURGII NA DZIŚ
MULTIMEDIA
FACEBOOK
PARTNERZY
KARTKA z KALENDARZA