poslaniec LaSalette

Zapamiętaj mnie
PRENUMERATA
POSŁANIEC MBS
ZAMÓW   
2009-2, Aktualności

ŚMIERĆ NIE WSZYSTKO ZABIERA

Z emerytowanym Księdzem Abp. Bolesławem Pylakiem z Lublina, rozmawia ks. Bohdan Dutko MS

Czy mając 88 lat, myśli ks. Arcybiskup o swojej śmierci?

Oczywiście, szczególnie w moim wieku jest to czymś naturalnym. Już św. Augustyn powiedział, że w życiu wszystko jest niepewne. Absolutnie pewne jest natomiast to, że umrzemy oraz to, że nie wiemy kiedy. Etap śmierci należy do całości życia, tym bardziej, że mam za sobą kilka operacji, w tym nowotworową głowy, a psalm 90 przypomina mi, że„Miarą naszych lat jest lat siedemdziesiąt lub, gdy jesteśmy mocni, osiemdziesiąt”. Psychicznie jestem oswojony ze śmiercią i oczywiście modlę się, abym był gotowy przejść do tego innego świata, bo przecież „życie się nie kończy, ale tylko zmienia się”. Śmierć jest tylko bramą wieczności. Kilka lat temu napisałem małą książeczkę pod takim tytułem, w której zawarłem moje credo na temat śmierci.

Jak przygotować się do swojej śmierci?

Żyć dzień po dniu. Rano ofiarować Jezusowi cały dzień, a wieczorem podziękować za wszystko, co w nim było. A poza tym żyć jakby nigdy nic. Oczywiście inaczej to wygląda w przypadku choroby czy cierpienia – wtedy wszystko jest skomplikowane. W tym przygotowaniu pomaga Sakrament chorych, Eucharystia – Wiatyk. Od wielu lat modlę się o łaskę dobrej śmierci, abym stanął na progu wieczności w czasie najbardziej dla mnie korzystnym.

Jak rozmawiać o śmierci – doświadczeniu którego nie znamy?

Pamiętam takie zdarzenie, kiedy jako wikariusz w parafii pojechałem do chorego chłopca – miał 8 lat. Sytuacja była beznadziejna. Miałem go przygotować do śmierci. Uderzyła mnie dojrzałość duchowa tego chłopca – byłem zdumiony. Jego chłonność spraw Bożych była nadzwyczajna. Zobaczyłem, jak ogromną moc ma łaska Boża. Żył jeszcze trzy miesiące.

Innym razem zostałem wezwany do chorej kobiety, matki dwóch córek, które uczyłem w szkole. Byłem u niej tuż przed śmiercią i zaskoczyło mnie, z jakim spokojem jej oczekiwała. W rozmowie po spowiedzi zapytałem ją, czy nie lęka się o swoje dzieci? Odpowiedziała: „proszę księdza, Pan Jezus nigdy mi krzywdy nie wyrządził i na pewno zaopiekuje się także moimi dziećmi”. Byłem zdumiony! Śmierć to tylko ruch, przejście niosące w sobie także ból i cierpienie. Każdy umiera sam, każdy umiera za siebie, nikt nas w tym nie zastąpi. Owszem, potrzebna jest życzliwość ze strony otoczenia, ale czasem reaguje ono udawaniem, że nic się nie dzieje. Bliscy, także lekarze często okłamują chorego. Uczciwy lekarz nie może powiedzieć choremu, że umrze, bo to byłoby zabójstwem takiego człowieka, ale jeśli sytuacja jest poważna, to powie, że tu sytuacja jest poważna. Myślę, że umierający wiedzą, że umierają, dlatego uważam, że chory ma prawo do prawdy o swojej śmierci. Prawda, choćby przykra, jest lepsza niż kłamstwo z tak zwanej „litości”.

Śmierć i współczesna kultura

Współczesna cywilizacja ma awersję do tajemnicy, nie pozostawia miejsca na żadne tabu – tymczasem widzimy, że jednak takim tabu pozostaje śmierć. Dlaczego nie mówi się nic o przygotowaniu człowieka do umierania? Dlaczego wypieramy ze świadomości fakt naszego umierania?

 Rzeczywiście, ulegamy laickiej wizji śmierci. Staje się ona tematem tabu, a jeśli o niej mówimy, to tak jakby dotyczyła tylko innych ludzi. Rzeczywiście, śmierć jest usuwana poza nawias życia. Nawet w szpitalu, gdy ktoś umiera, stawia się parawan. Człowiek nie chce myśleć o śmierci, bo musi czuć się odpowiedzialny za życie. W wymiarze społecznym śmierć jest usuwana, ale to jest ze stratą dla człowieka, bo ostatecznie śmierć jest jednym z etapów w życiu człowieka. Z życia publicznego zniknęły pogrzeby. Kiedyś wymiar społeczny śmierci był bardzo akcentowany na wsi. W rodzinie odbywało się pożegnanie z umierającym, także później – pożegnanie po jego śmierci. Podczas pogrzebu niesiono trumnę zmarłego pod krzyż stojący na skraju wsi. Taki stosunek do śmierci miał charakter wychowawczy. Śmierć dla rodziny i sąsiadów miała wymiar sacrum. Dziś już tego nie ma. Ciało nie pozostaje pośród rodziny, ale składane jest do lodówki i czeka na dzień pogrzebu.

Czy sposób, w jaki Jan Paweł II odchodził do domu Ojca nie był jego ostatnią katechezą na temat sztuki umierania – dawnego ars moriendi? Francuski filozof Michel de Montaigne powiedział kiedyś: „ten, kto uczył ludzi umierać, uczył ich żyć”. Dlaczego jest tak mało nauczycieli umierania?

Przypomnę jeszcze, jak umierał papież Jan XXIII.Przed swoją śmiercią rzekł do lekarza: „Moje walizki spakowane… Jestem gotów do podróży”. Studenci z Ameryki przysłali mu wówczas list z podziękowaniem: „Uczyłeś nas, jak żyć, teraz uczysz, jak umierać”. Śmierć Jana Pawła II była także lekcją bardzo czytelną. Papież do siostry zakonnej powiedział: pozwólcie mi umrzeć. A lekarz po jego śmierci stwierdził, że Papież przeszedł do domu Ojca. Rzeczywiście, było to piękne zakończenie życia. Później był pogrzeb i na trumnie księga, której strony przewracał wiatr… to wszystko było bardzo wymowne. Sztuki umierania uczymy się przez całe życie.

Śmierć w świetle wiary

Wierzymy, że śmierć jest przejściem. „Ja nie umieram, ja wchodzę w życie…” – tak pisała św. Teresa od Dzieciątka Jezus. Jaki sens ma umieranie dla człowieka wierzącego?

W umieraniu jest moment cierpienia i jest ono dla nas jakąś tajemnicą, ale z Objawienia wiemy, że śmierć – a zatem cierpienie, jest konsekwencją grzechu. Nawet ludzie święci boją się śmierci, bo śmierć jest sprzeczna z naturą. Istoty śmierci nie pojmiemy, ale wiarą przyjmujemy, że jest ona za kończeniem drogi życia, okresu próby i zasługi na wieczną nagrodę; jest bramą, przez którą wkraczamy w inny, Boży świat. Kościół przypomina nam o tym w prefacji Mszy żałobnej: „Albowiem życie Twoich wiernych, o Panie, zmienia się, ale się nie kończy i gdy rozpadnie się dom doczesnej pielgrzymki, znajdą przygotowane w niebie wieczne mieszkanie”. A tu u nas w Lublinie, na jednym z pomników nagrobnych wyryto napis: „Bo nie ma śmierci – jest tylko siew na święte jutra żniwo”.

 

Dla nas, wierzących, śmierć jest początkiem nowego życia – dlaczego więc uciekamy od mówienia i myślenia o śmierci, dlaczego się jej lękamy, dlaczego nasze pogrzeby są celebracją śmierci, a nie życia?

Może posłużę się porównaniem. Dziecko w łonie matki czuje się dobrze, jest u siebie i nagle trzeba wyjść i dlatego w czasie narodzin uzasadniony bywa krzyk i płacz. A później, gdy człowiek się zadomowi w tym życiu ziemskim to zdaje mu się, że to jest jego dom i nagle – trzeba opuścić go i pójść w nieznane. Stąd lęk, płacz i łzy. Jezus też lękał się śmierci. Pamiętamy Jego zmaganie w Ogrodzie Oliwnym. Jezus jako pierwszy przez swoją śmierć otworzył w śmierci przejście. Choć każdy człowiek przechodzi sam przez próg wieczności, jednak chrześcijanin przeżywa ten moment w obecności i z Chrystusem. W śmierci nie jesteśmy samotni. Jest z nami Chrystus, który powiedział: „Niech się nie trwoży serce wasze. Wierzycie w Boga? I we Mnie wierzcie! W domu Ojca mego jest mieszkań wiele. Gdyby tak nie było, to bym wam powiedział. Idę przecież przygotować wam miejsce. A gdy odejdę i przygotuję wam miejsce,przyjdę powtórnie i zabiorę was do siebie, abyście i wy byli tam, gdzie Ja jestem”(J 14,1−4).

 

Franz Kenig, zmarły kard. Wiednia, w testamencie napisał: „Mam tylko jedno życzenie, aby nie zapomniano o postawieniu paschału wielkanocnego obok mojej trumny”. Czy dla przeciętnego, niedzielnego katolika w Polsce paschał ma tak wielkie znaczenie, jak dla kard. Keniga?

Chyba nie… zdaje mi się, że my bardziej się Pana Boga boimy niż Go kochamy. My bardziej celebruje my śmierć niż życie. To jest poważny problem naszej wiary, bo wiara uwalnia zasadniczo od lęku. Są przypadki, kiedy człowiek tak cierpi, że chce umrzeć. Ale to jest ucieczka przed cierpieniem. Pragnienie śmierci przez św. Teresę, miało źródło w wielkiej tęsknocie do Chrystusa. Ona trwała w żywej więzi z Chrystusem, pomimo że cierpiała. Więź z Chrystusem pomaga w tym przejściu przez śmierć do domu Ojca. Potocznie mówimy, że śmierć to nie wesele, ale jeśli ktoś umiera tęskniąc za spotkaniem z Chrystusem Oblubieńcem jak św. Tereska, to taka śmierć jest niczym innym jak weselem, zaślubinami…

Śmierć i Chrystus

 Jaki Jezus miał stosunek do śmierci?

Jezus był miłośnikiem życia, głosił życie. On ze śmiercią toczył bój. Ostateczną bitwę ze śmiercią stoczył wtedy, kiedy sam doświadczył śmierci i wyszedł z niej zwycięski, kiedy pokonał śmierć w swoim Zmartwychwstaniu. Podczas wędrówki przez Palestynę Jezus wskrzeszał umarłych. Te cuda miały świadczyć, że jest On ponad prawami przyrody, że jest Panem śmierci.

Przypomnijmy sceny wskrzeszenia z Ewangelii: wskrzeszenie Łazarza, córki Jaira, czy jedynego syna wdowy z Nain. Miał dużo zrozumienia dla cierpienia, które związane było ze śmiercią.

Dlaczego Jezus płakał nad śmiercią Łazarza?

To była normalna reakcja na zerwanie więzi międzyludzkich, więzi duchowej i psychicznej. W tym przypadku mamy do czynienia z więzami przyjaźni.

Dlaczego Jezus wskrzesił córkę Jaira (Mk 5,21-24, 35B-43) i syna wdowy z Nain (Łk 7, 11−16)?

 Jezus jest blisko człowieka, wchodzi w ból człowieka, który cierpi po stracie kogoś bardzo bliskiego, jak syn i córka. On wskrzesza to, co wydawało się bezpowrotnie stracone.

Pojednanie ze śmiercią

Jezus zadał śmierć śmierci – zwyciężył śmierć. Kto to jest człowiek paschalny, o którym często mówi ks. prof. Hryniewicz?

 Tu chodzi o taka wiarę, w której ktoś nosi w sobie pokonaną śmierć. Jest to dar łaski Bożej; jest to ktoś, kto jest otwarty na tę łaskę. Wtedy śmierć dla niego nie powoduje rozpaczy, dramatu, lecz jest czymś w rodzaju zaślubin z Chrystusem, swoim Oblubieńcem.

Co to znaczy nosić w sobie pojednanie ze śmiercią?

Może bardziej należy mówić o wiecznym zjednoczeniu z Chrystusem. Wszystkiego nie wyjaśnimy. Bywają czasem reakcje irracjonalne tych, co zostają.

Ja śmierć mojej matki przechorowałem. Więź z matką nie tylko fizyczna, ale i psychiczna, która jest tak bardzo żywa, że nawet po śmieci pozostaje. Pojednać się – to powiedzieć „tak” na to wydarzenie śmierci. Kiedy mamy tę więź z Panem Życia, wtedy łatwiej jest pojednać się ze śmiercią, ze śmiercią dziecka, pojednać się z nagłym odejściem męża, czy z nagłą i niespodziewaną śmiercią matki. Dzieci osierocone noszą w sobie konsekwencje śmierci swojej matki, która nie jest z nimi przy wzrastaniu, nie pomaga im wchodzić w świat bycia kobietą lub mężczyzną. Może matka była pojednana z własną śmiercią, ale dzieci niekoniecznie. W konsekwencji za śmierć matki mogły obwiniać Boga. W pojednanie wpisane jest darowanie… także darowanie Bogu. Człowiek wychodząc z buntu wobec śmierci i wobec Boga, jedna się przebaczając Bogu.

Jak w duszpasterstwie pomagać ludziom w pojednaniu się z własną śmiercią i śmiercią najbliższych?

Rozstajemy się tylko na krótki czas. Tylko do zobaczenie po tamtej stronie. Śmierć nie wszystko zabiera. Faktyczne więzi miłości z tymi, których kochamy, pozostają. Św. Paweł mówił, że miłość jest silniejsza od śmierci. Miłość nie umiera.

Wiele osób wierzących nosi w sobie ból nagłej śmierci kogoś bliskiego, czy kogoś kto był daleki w ziemskim życiu od Pana Boga. Odeszli nagle, bez przygotowania na spotkanie z Bogiem. Często pytają, co z ich zbawieniem? Co ks. abp powiedziałby im?

Jest taka maksyma, że o zmarłych mówi się tylko dobrze. W takich przypadkach liczymy na miłosierdzie Boże. Wydaje się – jest to takie moje prywatne zdanie, że Pan Bóg daje szansę każdemu człowiekowi na opowiedzenie się za Bogiem lub przeciw Bogu. My tu na ziemi pamiętajmy o nich w modlitwie, nie pozostawiajmy ich samych sobie.

 


Wywiad pochodzi

z numeru „La Salette” Posłaniec Matki Bożej Saletyńskiej

ks. Bohdan Dutko MS ks. Bohdan Dutko MS
ROZWAŻANIA SŁÓW EWANGELII
(J 13, 31-33a. 34-35), V Niedziela Wielkanocna, 19 maja 2019

Przykazanie miłości

W tekście św. Jan gdy mówi o miłości używa słowa „Agape”. To słowo opisuje miłość, która nie jest spontaniczna i łatwa. Jest bardziej bożym darem, niż wypracowaną sprawnością człowieka. W czasie
chrztu ta zdolność do miłości „agape” została nam dana. Ta zdolność jest nam dawana także za każdym razem kiedy wchodzimy w głęboką relację z Bogiem, która określa nas jako „Dzieci Boże”. Po ludzku tak jak apostołowie i my jesteśmy niezdolni to zrealizowania przykazania miłości „agape”, ale „przechowujemy ten skarb w naczyniach glinianych, aby z Boga była owa przeogromna moc, a nie z nas” (2 Kor 4,7).”
ks. Marcin Sitek MS
(student UPS w Rzymie)

"

A F O R Y Z M

„Nieskończona miłość Boga do nas stała się widzialna w Jezusie Chrystusie. Poprzez rany ciała objawia się tajemnicza miłość jego serca, ujawnia się wielka tajemnica miłości, ukazuje się miłosierdzie naszego Boga.”

(Św. Bernard)


CZYTANIA LITURGII NA DZIŚ
MULTIMEDIA
FACEBOOK

5 dni temu

Czy pamiętacie, że w każdym numerze Posłańca jest krzyżówka z nagrodami?
Dzisiaj, w święto św. Andrzeja Boboli, warto dodać, że nagrodami za poprawne odgadnięcie hasła będą książki o tym Patronie Polski!
... WięcejMniej

Zobacz na Facebooku
PARTNERZY
KARTKA z KALENDARZA