poslaniec LaSalette

Zapamiętaj mnie
PRENUMERATA
POSŁANIEC MBS
ZAMÓW   
2016-5, Aktualności

MIAŁ SIĘ ROZPUŚCIĆ

sJulia Dubowskasiostrą Julią Dubowską, świadkiem cudu eucharystycznego w Sokółce rozmawia ks. Bohdan Dutko MS

Czy już od kołyski mówili: Julia będzie zakonnicą?
Nie, przeciwnie, mówiono mi, że do klasztoru się nie nadaję. Chciałam zostać misjonarką od Bronisławy Lament. Kiedy zaplanowałam pójście do tego zakonu, miałam sen podobny do snu św. Józefa. Po tym śnie przez półtora roku zostałam w domu.

I z założonymi rękami czekałam, aż…?
Nie, pracowałam na gospodarstwie razem z bratem. Bardzo lubiłam jeździć wszystkimi maszynami. Miałam prawo jazdy i jako jedyna w wiosce miałam motor. Później miał także syn sołtysa.

Spoglądała siostra na syna sołtysa?
Nie, nawet nie myślałam o nim, ba ja byłam biedna, a on był bogaty.

A co z myślą o powołaniu?
Ciągle myślałam. Poszłam kiedyś do pobożnej cioci i zapytałam: Ciociu, jak to jest z powołaniem? A ona mówi: Ty do zakonu w ogóle się nie nadajesz. Bo tam trzeba się dużo modlić, być grzecznym, ułożonym. A ja byłam samym przeciwieństwem, wszędzie mnie było pełno. Pojechałam kiedyś do mojej bratowej i także ją zapytałam o powołanie, czy nie znała kogoś, kto poszedł do klasztoru. Powiedziała mi, że „była taka koleżanka, ale ona dzień i noc siedziała na strychu, czytała pobożne książki i różańce odmawiała”. I dodała: A ty się w ogóle nie nadajesz. Boże, znowu nie! Mama śrubkę przykręcała, żeby coś z sobą zrobić. Miałam przecież 20 lat i byłam już starą panną (śmiech)!

8 maja była Msza św. w intencji zmarłego tatusia. W kościele zobaczyłam siostrę zakonną, eucharystkę, która tak kaszlała, że zdawało mi się, że za moment umrze w tej ławce. W czasie Mszy św. dosłownie usłyszałam: „Dokąd będziesz mnie zwodzić? Na co ty czekasz? Wstąp do zgromadzenia tej siostry, aby ją zastąpić”. Rozglądałam się chcąc zobaczyć, kto tak do mnie mówi… Powiedziałam: Dobrze, Panie Jezu, zrobię tak, jak chcesz.

Po Mszy św. podszedł do mnie zakrystianin i powiedział, że ksiądz proboszcz prosi mnie do siebie. Byłam w szoku! Pomyślałam: skąd on wie, że mam iść do zgromadzenia. Nie przyznam się, postanowiłam w duchu. Ku mojemu zdziwieniu proboszcz zapytał: Co robisz w sobotę? Jeszcze nie wiem – odpowiedziałam. – Mam dla ciebie chłopaka, mojego kuzyna, Antosia. Ma piękny dom, gospodarstwo nowoczesne, ty się tam nadasz. Przyjadę z nim w sobotę. Byłam w szoku! Ja wybieram się do zakonu, a tu nagle ksiądz mnie chce wyswatać.

Odpowiedziałam księdzu proboszczowi, że mam pilny wyjazd do Białegostoku. – A kiedy wrócisz? – Nie wiem i w żadnym wypadku niech ksiądz mi nikogo nie przywozi! Proboszcz postawił jednak na swoim i przyjechał z Antkiem. Mama zrobiła wielkie oczy, bo nic nie wiedziała.

Nadszedł lipiec 1972 roku…
Zastanawiałam się, jak z eucharystkami nawiązać kontakt. Do kogo mam pójść, przecież mam zastąpić tę chorą siostrę (chodziło o s. Halinę Strzelecką, która żyje do dziś). Poszłam do siostry Ludwiki i zapytałam: „Siostro, czy w XX wieku Pan Bóg powołuje jeszcze takie zwykłe dziewczyny? A ona mówi, że powołuje i zapytała: – A ty chcesz iść do zakonu? – Ja nie wiem, czy się nadam. A ona mówi: – Słuchaj, jadę w lipcu na rekolekcje do Góry Kalwarii, jak chcesz, to możesz ze mną pojechać i zobaczysz. Powiedziałam bratu, że chcę zwiedzić Warszawę. Dał mi pięćdziesiąt złotych na wyjazd. Pojechałam z jedną torebką, a w niej szczoteczka do zębów i osobiste rzeczy.

Na spotkaniu z matką generalną powiedziałam o moim pragnieniu wstąpienia do Zgromadzenia. Matka generalna powiedziała: Jak chcesz być w Zgromadzeniu, to już nie wracaj do domu, bo nie wrócisz, bo brat cię nie puści. I zostałam z tą szczoteczką i torebeczką. W klasztorze czułam się, jakbym była w niebie. Mieszkam pod jednym dachem z siostrami, które wydawały mi się jak anioły – takie święte. Co dzień w kaplicy, a jako że byłam postulantką, siedziałam w pierwszej ławce. Z radości ciągle płakałam. Napisałam do mamy długi list, że znalazłam to, czego pragnęłam, że jestem szczęśliwa.

Jakie posługi siostra pełniła w zgromadzeniu?
Różne. Opiekowałam się chorymi, pracowałam w pralni, kuchni, byłam także na misjach w Afryce, w Libii i na Ukrainie. Jak wróciłam do Polski, to rozpoczęłam posługę zakrystianki w parafii w Górze Kalwarii.

A jak się siostra znalazła w Sokółce?
O, to cała historia. Po przyjeździe z Ukrainy zostałam posłana do Sobieszowa jako zakrystianka. W 2008 roku dowiedziałam się od matki przełożonej, że przejdę do placówki w Sokółce. Jak usłyszałam „Sokółka”, to wpadłam w histerię, zaczęłam płakać i powiedziałam, że w życiu tam nie pojadę. Matka poprosiła mnie, abym to przemodliła i przemyślała. Po tygodniu miałam do niej zadzwonić. Dlaczego nie chciałam odejść? Bo w Sobieszowie uwiłam sobie gniazdko.

Praca zakrystianki dawała mi dużo satysfakcji, wypełniałam swoje obowiązki najlepiej jak potrafiłam. Ponadto zebrało się grono przyjaciół zgromadzenia – to zasługa Pana. Były comiesięczne spotkania, wspólna modlitwa. Wszystko rozrastało się, i zdawało mi się, że teraz to upadnie, a przecież ja to założyłam, a teraz mam iść do Sokółki. Po rozmowie z przełożoną domową udałam się do kaplicy na modlitwę. Gdy wchodziłam na pierwsze piętro, uderzyła mnie nagła myśl: co napisałaś w prośbie o przyjęcie do zakonu? Napisałam, że chcę pełnić wolę Bożą, że w tym będzie moje szczęście. Zatrzymałam się i zapytałam samą siebie: Julia, czego ty teraz chcesz? Tak mnie to olśniło.

Kiedy weszłam do kaplicy już wiedziałam, co mam zrobić. Byłam zawstydzona. Ja, stara zakonnica, po 25 latach w klasztorze zachowałam się jak postulantka. Podziękowałam Panu Bogu za tę łaskę i zbiegłam na dół do przełożonej i powiedziałam: Jadę do Sokółki! Wtedy jeszcze nie miałam telefonu komórkowego i poprosiłam przełożoną, aby wysłała SMS do matki generalnej. Przełożona pisała, a ja dyktowałam: „Zgadzam się jechać do Sokółki. Pierwszy powód – chwała Boża, drugi – dobro zakonu i trzecie – potrzeba Kościoła”. Przełożona patrzy na mnie i pyta: – A co ty tak nagle „spobożniałaś”?

Przybywa siostra do Sokółki 23 sierpnia 2008 roku, a cud wydarzył się w październiku. Była niedziela…
To było na początku października. Mówię tak zgodnie ze swoim sumieniem, a kiedy to dokładnie było, to ja naprawdę nie wiem. Według mnie to był chyba pierwszy piątek miesiąca, ale ja nie wiem…, no nieważne. Najważniejsze, że w czasie udzielania Komunii św. spadł konsekrowany komunikant. Kobieta pokazała kapłanowi komunikant, który był oparty o but księdza. On go podniósł i włożył do vasculum przy tabernakulum. Całe szczęście w tym nieszczęściu, że vasculum było bez przykrywki. Kiedy brałam kluczyk od tabernakulum, zobaczyłam, że konsekrowany komunikant pływa. Pomyślałam, że zanim się rozpuści, to do tego czasu wielu księży będzie komunikować, i jak każdy z nich będzie moczył w vasculum palce, to będą tak szturchać Pana Jezusa. Pomyślałam, że tak być nie może. Wzięłam vasculum, zaniosłam do zakrystii i zrobiłam tak, jak mi serce dyktowało w trosce o Jezusa. Przelałam do drugiego naczynka, włożyłam do sejfu w zakrystii. Nic nikomu nie mówiłam – bo skoro miał się rozpuścić… Czekam dzień, dwa, trzy.

Zaglądała siostra codziennie?
Tak, na sto procent zaglądałam przez pięć dni.

I nic się nie zmieniał?
Nic, bielutki pływał przez cały czas. Był czyściutki, jakby przed chwilą ktoś go na wodę położył. Po pięciu dniach zapomniałam. Nie wiem, przez ile dni jeszcze leżał. 19 października 2008 roku, godzina ósma pięć – była Msza św. misyjna, otworzyłam sejf, by coś z niego wziąć i poczułam zapach chleba kwaszone go. Pomyślałam, oho, komunikancik się rozpuścił.
Kiedy wzięłam naczyńko, oniemiałam. Komunikant prawie rozpuszczony, woda przezroczysta, a na środku lśni czerwona krew, a dookoła biała hostia, jeszcze nie rozpuszczona. Stałam i patrzyłam… Wiedziałam, co wkładałam i kiedy tak patrzyłam, to nie mogłam pojąć… Miałam kurs pielęgniarski, bo w Libii pracowałam w szpitalu jako pielęgniarka. Krew przecież barwi, a tu wszystko takie bielutkie, czerwone i przezroczyste. Kiedy się zastanawiałam, co to w ogóle jest, wtedy – jak mówi św. Paweł „nie wiem czy w ciele, czy poza ciałem” – zobaczyłam Mojżesza stojącego przy krzewie ognistym, który płonął i nie spalał się i usłyszałam słowa: „Zdejm sandały, bo ziemia, na której stoisz jest święta”. I tak w duszy mówię: „Wiem, Panie Jezu, że to, co trzymam jest święte”. Pytałam Pana: „Dlaczego Mojżesz, co on tu robi?” Byłam odwrócona w stronę sejfu. Ksiądz Filip, który mnie obserwował, podszedł do mnie i zapytał: „Siostro, co się stało?”

 Cały wywiad z siostrą Julią w bieżącym numerze „LaSalette – Posłaniec Matki Bożej Saletyńskiej” (2016/05), w całości poświęcony tematowi „Cud Eucharystyczny”.

ks. Bohdan Dutko MS ks. Bohdan Dutko MS
ROZWAŻANIA SŁÓW EWANGELII
(Łk 9, 18-24), XII Niedziela Zwykła, 23 czerwca 2019

Strojenie odbiornika

„Dobrze, kiedy dzieją się wielkie rzeczy mocą Ducha Świętego, kiedy w sposób namacalny doświadczamy tego, że Pan jest z nami przez wszystkie dni aż do skończenia świata, ale nie możemy wyrzucić z chrześcijaństwa cierpienia. Nie odkąd Jezus umarł na krzyżu i zmartwychwstał. To wydarzenie sprawiło, że coś tak beznadziejnego jak cierpienie i ból może się stać narzędziem ku dobremu. To na prawdę dobra nowina. Krzyż to etap do poranka zmartwychwstania. Nigdy cel sam w sobie. Nieść swój krzyż w perspektywie życia, które pokonuje śmierć, to być prawdziwie dobrze nastrojonym. Obyśmy nie zniechęcili się wszelkimi zakłóceniami.”
ks. Paweł Baran MS

"

A F O R Y Z M

„Ojciec, głowa rodziny, niechaj będzie wśród swoich przedstawicielem Boga, i niech przewodniczy im nie tylko władzą, ale również przykładem życia.”

(św. Jan XXIII)


CZYTANIA LITURGII NA DZIŚ
MULTIMEDIA
FACEBOOK

6 dni temu

UWAGA PROMOCJA!
Niespodziankę w postaci ostatniego numeru Posłańca, Łez Maryi i książki "Ryczące owieczki" wydawnictwa Dreams otrzymają trzy osoby, które odpowiedzą w komentarzu na pytanie: DO ILU OŁTARZY IDZIE PROCESJA W BOŻE CIAŁO???
... WięcejMniej

Zobacz na Facebooku

2 tygodni temu

Czy spotkaliście kiedyś Pampiludki? Jeśli nie - jest okazja!
Asia Olejarczyk, pisarka, opowiada o tym, jak Duch Święty poprowadził ją do odkrycia Pampilii.

"Podczas Mszy Świętej, kiedy to siedziałam w ławce ze zniecierpliwionymi dziećmi, które niewiele rozumiały z liturgii, poprosiłam Go, by pomógł mi objaśnić im, co właściwie się tam dzieje. Zaczęłam słuchać słów uszami dzieci. Wyobraziłam sobie, że znów mam kilka lat… I poczułam się tak, jakby ktoś mówił do mnie w obcym języku. Na przeszkodzie stały trudne, archaiczne słowa, z którymi dzieci nie stykają się w codziennych kontekstach: „amen”, „hosanna”, „chwała”, „bliźni”, „zbawienie”… Przyszło mi do głowy, by umiejscowić te wyrazy w przyjaznym, baśniowym świecie. Właśnie wtedy przed oczami stanęły mi dwa niewielkie ludziki w kolorowej krainie: pampiludki – Gideon i Alimemek."

Ostatni numer Posłańca możesz otrzymać pisząc na adres: poslaniec@poslaniec.com
... WięcejMniej

Zobacz na Facebooku
PARTNERZY
KARTKA z KALENDARZA